19 lipca 2017

A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać na koniec świata czyli… Papua Nowa Gwinea w 4 odsłonach.

Tam gdzie kończy się świat

Co wiesz o Papui Nowej Gwinei? Ja szczerze mówiąc do tej pory wiedziałam niewiele – nawet nie miałam pewności co do deklinacji i musiałam sprawdzić w słowniku. Kojarzyłam, że jest gdzieś na końcu świata, w okolicach Australii i że to jedno z ostatnich naprawdę dzikich miejsc na ziemi.

Czy to prawda, że tamtejsi mieszkańcy są kanibalami i najchętniej oskalpowaliby i zjedli każdego nadciągającego białego turystę? Że nie znają telefonów komórkowych, samochodów i innych zdobyczy zachodniej cywilizacji? Czy wierzą w czary?

Wraz z Pawłem Zgrzebnickim zapraszam Cię na wycieczkę. Za przewodnik posłuży nam jego reportaż pt: „Tam gdzie kończy się świat”. Trzymaj się mocno, bo będzie się działo.

Odsłona pierwsza

Tam gdzie kończy się świat

Zaczynamy naszą przygodę z Papuą Nową Gwineą. Pierwsze kroki kierujemy… No właśnie, gdzie? Do bambusowej chatki w środku lasu? Nie, do całkiem niezłej jakości hotelu. Przy okazji spotykamy pierwszych mieszkańców, którzy wyglądają całkiem zwyczajnie, tylko zęby mają wysmarowane czerwoną mazią… Hmm… robi się coraz ciekawiej.

Co by tu zwiedzić? Może cmentarz?  Ale hola hola… Czy nas oczy nie mylą? Czy to naprawdę szkielet człowieka leży na pobliskim drzewie? Oj… dużo tego. Czas ruszyć dalej.

Odsłona druga

Tam gdzie kończy się świat

Wsiadamy do autobusu i jedziemy. To znaczy chcielibyśmy jechać ale krążymy w kółko po okolicy przez kilka godzin aż w końcu cały autobus będzie pełny.  Dobra, 4 godziny minęły jak z bicza strzelił, naprawdę ruszamy. Cel – wnioski plemion Simbu i Asaro.

No i nareszcie mamy jako taką dzicz – tańce plemiennie błotnych ludzi, rytualne maski, dziwne zwyczaje…no i te legendy…  Aż żal jechać dalej, jednak czas trochę goni. Zatem – w drogę!

Odsłona trzecia

Tam gdzie kończy się świat

Witamy w wiosce plemienia Hula. I znowu inne zwyczaje, tańce, mity, rytuały i czary. Kobiety, które potrafią sprawić, że mężczyznę, który im podpadnie będzie zgubiony i mężczyźni, których sensem istnienia jest obrona terytorium choćby w walce na śmierć i życie. A te są tutaj częste.

Stamtąd przywieziemy sobie na pamiątkę kamienną siekierę – bardzo popularna, choć teraz, od kiedy modne stały się karabiny maszynowe,  częściej służy do pracy niż do walki. Tylko jak ją przetransportować samolotem?

Odsłona czwarta

Tam gdzie kończy się świat

A teraz najciekawsze – popłyniemy wzdłuż Sepiku, najdłuższej rzeki na wyspie. Co zobaczymy? Oj sporo.  Zwiedzanie zaczniemy od Domu Duchów,  czczonym w niezwykły sposób. To tutaj zapadają najważniejsze decyzje dotyczące plemienia.

Ale to nie wszystko. Poznamy Ludzi-Krokodyli, którzy swój dziwny wygląd zawdzięczają dość okrutnemu rytuałowi przemiany z chłopca w mężczyznę. A na koniec najlepsze – poznamy potomków łowców głów. A może nawet samych łowców? Tylko czy oni aby naprawdę istnieją?

Tam gdzie kończy się świat


Te cztery punkty to zaledwie okruszek z naprawdę niezłego reportażu Pawła Zgrzebnickiego. W samej książce znajdziesz o wiele więcej przygód, szczegółów historycznych, legend a także rycin. Reporter podróżował omijanymi przez turystów ścieżkami, nocował w zupełnie pustych hotelach, jadł i pił to czego większość z nas pewnie by nie dotknęła.

Siłą tej książki jest naturalność autora. Gubi się, wkurza, ktoś go naciąga – to może przydarzyć się każdemu z nas, mniej lub bardziej doświadczonemu podróżnikowi.  Brakuje mi jedynie zdjęć. Są klimatyczne obrazki, ale jednak reportaż podróżniczy bez fotografii jest trochę niepełny. Ale to jedyny minus. Czyta się szybko i ciekawie, bo i miejsce jest naprawdę niezwykłe.  

Jako że moje pierwsze top 5 miejsc na świecie które chciałabym odwiedzić już zaliczyłam, zaczynam tworzyć nową listę. I dzięki tej książce wiem, że na pewno znajdzie się na niej Papua Nowa Gwinea.
To co, jedziemy?

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję wydawnictwu MUZA.


Papua Nowa Gwinea"Tam, gdzie kończy się świat" Paweł Zgrzebnicki


Wydawnictwo:  Muza

Liczba Stron:    352

Kategoria:         Reportaż, Podróżnicze













Tam, gdzie kończy się świat. Opowieści z Papui-Nowej Gwinei [Paweł Zgrzebnicki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Udostępnij:

10 lipca 2017

3 książki, które zapamiętałam na całe życie



Czytasz książki  - jeżeli trafiłeś do mojego bloga, to prawdopodobnie więcej niż jedną rocznie. Może pięć, dziesięć albo pięćdziesiąt? Czy zastanawiałeś się, co sprawia, że niektóre z nich po prostu przelatują przez głowę a inne zostają w niej na zawsze?

Ja np. doskonale pamiętam moment pierwszego spotkania z Marquezem i wrażenie, jakie zrobiło na mnie „100 lat samotności” . Byłam w ostatniej klasie liceum. Zaczęłam czytać około 21 i nie oderwałam się od książki aż do ostatniej strony mniej więcej około 6 rano. Nie mogłam przestać. Nigdy żadna inna lektura nie wciągnęła mnie do tego stopnia. A jednak teraz, po latach, okazuje się, że właściwie nie pamiętam jej treści.

Rozumiem, kiedy jakieś słabsze pozycje ulatują z pamięci – to zupełnie naturalne, ale dlaczego stało się tak z utworem, który uznałam za genialny? Trudno powiedzieć. Dlatego tak sobie myślę, że jeżeli przeczytałam coś kilka, kilkanaście lat temu a nadal pamiętam treść, to znaczy że to lektura naprawdę wyjątkowa, warta wspomnienia na blogu. 


Nie ma tu książek, które pamiętam dzięki ekranizacjom lub lektur szkolnych, które były maglowane tyle razy, że pamięta się je siłą rzeczy.Ot, beletrystyka, ale wyjątkowa – taka, która zostaje w głowie na zawsze. Z najdrobniejszymi szczegółami.

Pachnidło - Patrick Süskind

"Pachnidło." Patrick Suskind


Wydawnictwo:  Świat Książki

Tłumaczenie:    Małgorzata Łukasiewicz

Liczba Stron:    253

Kategoria:         Thriller







Mój nauczyciel niemieckiego polecił nam kiedyś dwie lektury: „Pachnidło. Historia pewnego mordercy.” Patricka Süskinda i „Wilka stepowego” Hermanna Hesse.  Miałam wówczas jakieś 16 lat i obie pochłonęłam wręcz z wypiekami na policzkach. Ale teraz, po kolejnych 16 latach w pamięci pozostała tylko historia Jana Baptysta Grenouille – człowieka, który nie pachniał.


Bohatera „Pachnidła” wyróżniają dwie cechy: po pierwsze jest jedynym bezwonnym człowiekiem na świecie. Każdy z nas ma jakiś zapach, którym podświadomie przekazuje informację o sobie. Jeden dzięki wydzielanym przez siebie oparom może być postrzegany jako wyjątkowo piękny, inteligentny, inny wręcz przeciwnie. A co, jeżeli ktoś nie wydziela żadnego zapachu? Wówczas może być właściwie… niewidzialny.

Drugi talent Jana Baptysty to niezwykły węch. Nikt tak jak on nie potrafił wydzielić każdego ze składników danego zapachu i wyłuskać tylko te dla siebie potrzebne. Dokładnie wiedział jaki zapach sprawi, że ktoś będzie postrzegany jako wyjątkowo pewny siebie a jaki, że wręcz przeciwnie – jako cnotliwa panna. I umiejętnie swoim talentem żonglował…

Na podstawie książki powstał całkiem niedawno film, ale obejrzałam i nie zapamiętałam. Książka jest o wiele lepsza.


Kane i Abel - Jeffrey Archer

"Kane i Abel" Jeffrey Archer


Wydawnictwo:  Rebis

Tłumaczenie:    Wiesław Mleczko, Danuta Sękalska-Wojtowicz

Liczba Stron:    620

Kategoria:         Powieść Obyczajowa








Chyba najmniej spektakularna z tych trzech wybranych, jednak ma w sobie „to coś”.

Tę pozycję podrzuciła mi ciocia na wakacjach gdzieś między pierwszą a drugą klasą liceum. Historia dwóch mężczyzn urodzonych tego samego dnia w 1906 roku, ale w zupełnie innym miejscu i okolicznościach. Pierwszy to William Kane – pochodzący z bogatej rodziny o tradycjach bankowych. Drugi, to podrzutek wychowywany przez przybraną matkę w małej polskiej wsi…

To mój ulubiony typ powieści – taki, w którym życie głównych bohaterów poznajemy od narodzin aż do śmierci, być może dlatego ją zapamiętałam. Przez kolejne 60 lat drogi tych dwojga przetną się wiele razy a z efekty tych konfrontacji… no cóż.

Przy okazji nie brakuje tu historycznych wydarzeń: pierwsza i  druga wojna światowa, Titanic, kryzys na giełdzie w latach 20-tych… Akcja toczy się szybko, niby książka grubaśna ale do przeczytania w jeden-dwa wieczory.

Tato - William Wharton

"Tato" William Wharton



Wydawnictwo:  Rebis

Tłumaczenie:    Jolanta Kozak

Liczba Stron:   412

Kategoria:         Powieść Obyczajowa






Rzadko kiedy wracam do książek. Jako dziecko – owszem, czytałam jedną lekturą wiele razy. Siesicka, Orzogowska czy Astrid Lindgren były ściochrane do granic wytrzymałości. Teraz, szkoda mi czasu na powtórki – jest tyle do przeczytania a tak mało czasu… „Tato” to jedyna lektura, po którą  po wielu latach sięgnęłam ponownie.  Nie dlatego, że jej nie pamiętałam – doskonale kojarzę, jak będąc jeszcze licealistką wyszperałam ją w osiedlowej bibliotece. Dwa lata temu nabrałam na nią ochoty ponownie. Nie dlatego, że jej nie pamiętałam – wręcz przeciwnie, wciąż kojarzyłam ją z najdrobniejszymi szczegółami. Byłam jednak ciekawa, czy teraz -  jako dorosła, będę odbierała ją inaczej. I rzeczywiście tak było.

To powieść wielowymiarowa – pokazująca relacje ojciec-syn w kilku pokoleniach, zmaganie się ze starością i z toksycznymi rodzicami. Ukazuje jak zmieniamy się podczas kolejnych przystanków w podróży zwanej życiem. Jedna z najlepszych książek, jakie miałam przyjemność trzymać w ręku. Być może kiedyś, kiedy moje dzieci będą już dorosłe, sięgnę po nią ponownie. Ciekawe jak pomyślę  o niej wtedy?

Tato [William Wharton]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE
A Ty wracasz do książek sprzed lat? Są takie, które zrobiły na Tobie takie wrażenie, że pamiętasz je do dziś? Podziel się nimi ze mną, chętnie po nie sięgnę i zrecenzuję.







Udostępnij:

19 czerwca 2017

Antyporadnik podróżnika, czyli 6 miejsc, w które nie należy jechać na wakacje

Dom Joly

Są takie miejsca na świecie, do których normalny, pragnący relaksu człowiek pracy nie powinien jechać. Miasta, w których drink z palemką będzie miał gorzki smak a śmiech uwięźnie Ci w gardle. Kierunki, na myśl o których drżą biura podróży. Gdzie ich szukać? A raczej... gdzie ich unikać?

Poznaj Doma Joly. Oto on -brytyjski komik libańskiego pochodzenia prowadzący popularny w całej Anglii program nagrywany ukrytą kamerą. A poza tym… fan tanatoturystyki, czyli podróży do miejsc upamiętniających śmierć. W swoim reportażu zabierze Cię w najbardziej mroczne zakamarki kuli ziemskiej, uczyni to jednak ze swadą i lekkością godną swojego zawodu.

Tytuł i okładka zapowiadają ciężki klimat. „Witamy w piekle” głosi napis umieszczony tuż obok twarzy małego chłopca trzymającego w ręku karabin. Czego byś się spodziewał? Bo na pewno nie tego, że całość zacznie się od cytatu z… Britney Spears:

 „Najfajniejsze w byciu sławnym są podróże. Zawsze marzyłam o dalekich zamorskich podróżach, na przykład do Kanady i takich tam”.

Właśnie w takim tonie, lekkiej ironii i inteligentnego poczucia humoru,  utrzymana jest prawie cała książka. Choć autor ma momenty zadumy i doskonale zdaje sobie sprawę z ogromu tragedii jakimi zostały naznaczone miejsca, które odwiedza, nie jest w stanie pozbyć się wrodzonego sarkazmu. To jednak działa na plus - zdecydowanie ułatwia przebrnięcie przez trudne tematy.

Początkowo za minus reportażu uznałam brak zdjęć. Jednak gdy przygotowując wpis zaczęłam wpisywać kolejne miejsca zrozumiałam, że zobrazowanie tego co opisał Dom byłoby nie do zniesienia. Wybrałam najmniej drastyczne ze znalezionych w sieci zdjęć, chetni niech zgooglują, ale... na własną odpowiedzialność. 

Jakich więc miejsc radzi unikać Dom Joly? Oto lista:

IRAN

Iran

Planowaliśmy w tym roku podróż do Iranu – wiele nasłuchaliśmy się o niezwykłej gościnności, perskiej kulturze i pięknych zabytkach.  A jednak kiedy o tym mówiliśmy, większość znajomych pukała się w głowę – Iran kojarzy się głównie z terroryzmem i wojną. Dom postanowił przełamać stereotypy i spędził tam 3 dni jeżdżąc… na nartach. Warto sprawdzić kogo tam poznał i co z tego wynikło.

USA

World Trade Center

Stany Zjednoczone to kraj kontrastów – gościnna i przyjazna turystom „obręcz” i konserwatywny środek. Na blogu pisałam już o moich wrażeniach z Nowego Yorku (tu) i Zachodniego Wybrzeża (tu i tu) a także o tym jak bardzo ta część różni się od tej lądowej (o której można przeczyta np. tu).  Dziennikarz podróżuje szlakiem śmierci Elvisa Presleya, Kennedy’ego a kończy przy WTC Memorial. Z tych trzech miejsc ja odwiedziłam jedynie to ostatnie.  Zostało ono skonstruowane w taki sposób, że wciąż przypomina otwartą, jątrzącą się ranę. Mimo, że minęło już wiele lat, Manhattan wciąż pamięta i na pewno będzie pamiętał jeszcze długo.

Kambodża

Kambodża


Najtrudniejszy i najpoważniejszy rozdział w całej książce. Obecnie Kambodża to miejsce, do którego turyści walą drzwiami i oknami – sama widziałam zdjęcia znajomych z przepięknych świątyń Angor Wat. Jednak w „Witamy w piekle” poświęcone jest im może jedno czy dwa zdania, to nie był cel podróży reportera.

Dom Joly odwiedza pola śmierci, spotyka ludzi, którzy należeli do armii Czerwonych Khmerów i ich ofiary. Idzie nawet na rozprawę sądową Towarzysza Ducha.

To część książki, która poraża okrucieństwem i zmusza do zastanowienia się nad siłą i pospolitością czystego zła. Ale to także fantastyczna lekcja historii – wiele wiemy o holokauście w Europie, jesteśmy oburzeni niewiedzą innych krajów na ten temat. Tymczasem nasza ignorancja wobec podobnych zjawisk w Azji jest ogromna – warto odrobić tę lekcję.

Czarnobyl

Czarnobyl


Ukraina to drugie z wymienionych w reportażu miejsc, które odwiedziłam. Wprawdzie nie byłam w Czarnobylu lecz na Krymie, jeszcze przed anektowaniem go przez Rosję, jednak absurdy rodem z Barei napotkałam mnie takie same jak Dom.

To miejsce, gdzie Lenin faktycznie jest wciąż żywy w sercach i na pomnikach, przy wjeździe musisz dokładnie podać plan swojego pobytu i naprawdę bardzo uważaj na słowa – łatwo tu kogoś urazić. Ja, wychowywana na „Misiu” i „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, byłam tam wieloma rzeczami zdziwiona, wyobraź więc sobie reakcję kogoś, kto większość życia spędził w Wielkiej Brytanii.

A Czarnobyl? Na pewno do zwiedzenia obowiązkowo przez fanów gry Call Of Duty 4. Czy zainteresuje innych? Nie wiem.

Korea Północna

Korea Północna
fot. Michał Huniewicz
O tym kraju pisałam ostatnio sporo w kontekście książki „Oskarżenie” autorstwa Bandiego – pisarza, którzy wciąż żyje  w reżimie i tylko cudem udało mu się przemycić kilka swoich opowiadań zagranicę. Reportaż Joly’ego nie jest tak mocny, przedstawia Koreę jedynie z punktu widzenia turysty.

Jasne, wprawne dziennikarskie oko dostrzega wiele absurdów - irytuje konieczność oddania iPhona na granicy, zadziwia widok zwykłych ludzi strzygących trawę na ulicy, bawi moralizatorska i nieugięta postawa kolejno napotykanych ochroniarzy czy strażników.

Jednak to tylko otoczka - zwykły człowiek, żyjący w wolnym kraju, nie jest w stanie ogarnąć wyobraźnią tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Mam wrażenie, że dziennikarz jedynie pływa po powierzchni i nie udało mu się dotrzeć do sedna problemu – ale trudno się dziwić, symboliczny mur jakim otacza się to państwo jest gruby i potrzeba pewnie wielu, wielu lat aby skruszał.

Liban

Liban

Najbardziej osobista część książki – powrót do miejsc znanych z dzieciństwa. Ze wszystkich krajów opisanych w „Witamy w piekle”  o tym wiedziałam najmniej, właściwie kojarzyłam jedynie nazwę stolicy. Dla komika to nostalgiczna podróż do starej szkoły i spotkanie z rodziną, dla mnie – kolejna lekcja historii.

Sama do tych miejsc dodałabym jeszcze co najmniej kilka – Kubę, o której pisałam tutaj, Serbię i Chorwację, Norymbergę, będącą kolebką faszyzmu i pewnie jeszcze kilka innych. Czy warto jechać do takich miejsc, czy lepiej omijać je z daleka?

Jedź, jeśli wakacje to dla Ciebie coś więcej niż smażenie się na plaży. Ale przygotuj się, że nie będzie to łatwe przeżycie.   Pamiętam, jak trudno było mi dobrze bawić się na Kubie. Po kilku rozmowach z mieszkańcami, po tym jak zobaczyłam jak żyją, nie umiałam tak po prostu zasiąść nad basenem z drinkiem w ręku.

Ale mimo wszystko warto. To opcja dla osób, które interesują się historią świata i szukają miejsc innych niż wszystkie - nie zaanektowanych jeszcze przez Starbucksa,  McDonald’s i tanie linie lotnicze. Państw spoza naszej globalnej wioski. A zostało ich coraz mniej.

"Witamy w piekle" Dom Joly

Wydawnictwo:  Carta Blanca

Tłumaczenie:    Mariusz Gądek

Liczba Stron:    304

Kategoria:         Reportaż, Podróżnicze












Witamy w piekle [Dom Joly]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Udostępnij:

11 czerwca 2017

Terroryści na promie czyli Remigiusz Mróz vel Ove Logmansbo powraca

Ove Longmansbo

Kiedy ostatnio zdarzyło Ci się zarwać noc przez książkę? Ja ostatnio zarwałam trzy. I to nie przez wyjątkowy reportaż, wciągającą klasykę czy spektakularną powieść a przez superdynamiczny i wciągający kryminał Ove Logmansbo – „Prom”.

Zazwyczaj traktuję ten gatunek trochę po macoszemu – jako odpoczynek po wysiłku intelektualnym, który mają zapewnić bardziej ambitne lektury. Tym razem zostałam wciągnięta w intrygę bez reszty i chyba powoli zaczynam ten rodzaj powieści doceniać. Ale po kolei.

„Prom” to trzecia książka z serii Vestmannia, o pierwszych dwóch pisałam tutaj. Tym razem zaczyna się jak w naprawdę dobry scenariusz do filmu katastroficznego – terroryści porywają płynący z Danii na Wyspy Owcze prom a wraz z nim kilkuset pasażerów. Wśród nich - Katrine, główną bohaterkę tej i poprzednich dwóch książek. Tymczasem na wyspie znaleziono zmasakrowane ciało. Co to ma wspólnego z porwaniem?

Ove Longmansbo


Z zapartym tchem śledzimy losy pasażerów, kibicujemy policjantce aby udało jej się dokonać niemożliwego – uwolnić wszystkich z rąk terrorystów. Jednak kiedy nastawiamy się, że właśnie trzymamy w rękach papierową wersję „Szklanej pułapki”, następuje całkowity zwrot akcji. Powieść katastroficzna zmienia się w dynamiczną sensację. Kim naprawdę są terroryści i o co im chodzi? Tego już nie zdradzę.

To pozycja momentami bardzo brutalna – autor nie oszczędza swoich bohaterów nawet przez sekundę, dzięki czemu wydarzenia zyskują na wiarygodności. Jest to zdecydowanie najlepsza książka z całej serii – wciągająca, wartka fabuła, nagłe zwroty akcji i nieoczekiwane zakończenie – czy może być coś lepszego dla wielbicieli tego gatunku?

Ove Longmansbo

A co z tym wszystkim ma wspólnego Remigiusz Mróz? No cóż… Okazuje się że najsłynniejszy polski pisarz kryminałów nabrał wszystkich wymyślając bardzo wiarygodny pseudonim. Po wydaniu pierwszych dwóch powieści nikt nie miał pojęcia, że Ove, podający się z Farera polskiego pochodzenia to w rzeczywistości… nasz rodzimy autor.


Trzeba przyznać, że chwyt marketingowy okazał się udany. Moda na skandynawskim autorów nie przemija, zresztą słusznie – nadal pozostają moim zdaniem w czołówce najlepszych. A Ty jak sądzisz? 

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję wydawnictwu "Dolnośląskie", 

Ove Longmanbo"Prom" Ove Logmansbo

Wydawnictwo:  Dolnośląskie

Liczba Stron:    344

Kategoria:        Kryminał













Prom [Ove Logmansbo, Remigiusz Mróz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Udostępnij:

2 czerwca 2017

O przeznaczeniu i energii wszechświata

Mistrz i zielonooka nadzieja

Oj długo zastanawiałam się jak napisać o tej książce. Trudno tu mówić o jakiejś fabule, opowiedzieć treść… Więc jak? Zacznę od autorki, bo ona jest kluczem do całej zagadki.

Johanna Kern, niegdyś aktorka a obecnie filmowiec zaangażowany w większość aspektów tworzenia obrazów – scenariusz, reżyserię, produkcję. Po przeprowadzce z rodziną do Kanady zaczęła doznawać wizji, wchodzić w trans. Nie była wcześniej szczególnie zainteresowana aspektami czakr, karmy, energii. Ot normalna dziewczyna z duszą ciekawą świata i otwartą na przygody. „Mistrz i zielonooka nadzieja” to zapiski z jej spotkań z duchowym mistrzem i nauk, jakie od niego pobierała przenosząc się w transie do miejsc, gdzie skupia się energia wszechświata.

Mistrz i zielonooka nadzieja

Jaki jest sens życia? Dlaczego spotyka nas to, co nas spotyka? Dlaczego mam w życiu pecha a innym wszystko układa się jak po maśle? Jeżeli zastanawiałeś się czasem nad podobnymi kwestiami, Johanna pomoże znaleźć Ci odpowiedź.  „Mistrz i zielonooka nadzieja” to lekcje rozwoju świadomości przetłumaczone „z języka duchowego na nasze”, wyjaśnione w prosty, zrozumiały nawet dla laika sposób.

Każdy z nas ma przeznaczoną jakąś drogę, w wyniku splotów okoliczności może gubić się, błądzić. Johanna Kern w książce uczy jak czytać drogowskazy, które wskazują właściwy cel, kiedy my podążając za rozumem idziemy w stronę iluzji. I tak koniec końców dopadnie nas Cie to, co jest Ci przeznaczone. Pytanie tylko kiedy i jak żmudną drogę będziesz musiał przejść, aby tam dotrzeć.

Mistrz i zielonooka nadzieja


Johanna uczy jak odpuścić i poddać się prawom wszechświata, dając sobie w ten sposób prawo do szczęścia – nie wywalczonego, wydrapanego pazurami i zębami, ale takiego, które przyjdzie do nas samo i otoczy ciepłem w niezauważalny na pierwszy rzut oka sposób.

Autorka dostała niezwykły dar. Nauczyła się widzieć więcej niż inni. Wykorzystywała go jako uzdrowicielka a teraz także jako… hmm… mentorka? To chyba dobra nazwa. Swoje przemyślenia, afirmacje i nauki spisuje na blogu. Polecam - wyjaśni Ci o wiele więcej niż ja umiałam opisać tutaj.

Co ważne, ta pozycja to nie żadnego rodzaju poradnik czy książka coachingowa. Nie ma tu krzty moralizatorstwa. Raczej po prostu relacje z ezoterycznych lekcji, opowieść o otaczającej nas energii, prawach rządzących wszechświatem. 

Mistrz i zielonooka nadzieja



Ta książka to nie jest lektura dla każdego. To strefa, którą łatwo wyszydzić, poddać racjonalnym osądom i wyśmiać. To książka dla osób o otwartych głowach i sercach, które wierzą, że poza szkiełkiem i okiem istnieje coś jeszcze i chcą to zgłębić.  Mnie, choć jestem z natury sceptyczna, Johanna Kern przekonała i jestem pewna, że jeszcze nie raz wrócę do tej pozycji. Bo warto. 

"Mistrz i zielonooka nadzieja." Johanna Kern

Wydawnictwo:  Self Publishing

Liczba Stron:    240

Kategoria:        Poradnik












Udostępnij:

26 maja 2017

Mama idealna kontra mama perfekcyjna.



Impreza. Siedzimy w kuchni z dziewczynami, pijemy:  jedna winko, druga wódkę trzecia jeszcze co innego. Gadamy o wszystkim i o niczym, w końcu na chwilę schodzi na dzieci. Każda z nas jest mamą jednego lub więcej malucha w wieku 1,5 do 8 lat. Rozstrzał duży, doświadczenia różnie. A. zaczyna snuć swoją historię:

„Pamiętam jak urodziłam Izę.  Tego samego dnia urodziła Alicja Bachleda-Curuś.  I potem 2 tygodnie później ja jestem zagrzebana w pieluchach, ciągle gruba, a ona w VIVIE w sesji fotograficznej w Meksyku! Z płaskim brzuchem! Popłakałam się wtedy”.

Wszystkie pokiwałyśmy głowami ze zrozumieniem. Ja rodziłam dwa dni po Annie Wendzikowskiej (dziennikarce z Dzień Dobry TVN). Kiedy miesiąc po porodzie ja zastanawiałam się czy pierwsze wolne 10 minut w tym tygodniu poświęcić na umycie głowy czy na ogolenie nóg ona prezentowała się na salonach w nienagannym makijażu z super sylwetką. Też się nad jednym artykułem z Pudelka popłakałam...

A prawda jest taka, że każdy ma swoją Alicję i to w różnych dziedzinach życia. Porównywanie się kompletnie nie ma sensu, zwłaszcza z osobami, które muszą ładnie wyglądać, bo na tym polega ich zawód. 

Ale tak naprawdę potem było tylko lepiej. Siedząc z Julkiem w domu miałam czas na zabawę z nim, czytanie książek (o moich sposobach na czytanie przy niemowlaku pisałam tu), zaczęłam pisać bloga. W sumie wspominam ten rok jako jeden z najlepszych w moim życiu.

Z serii: "czytaj kiedy dziecko śpi"
Kryzys przyszedł w momencie, gdy wróciłam do biura. 8 godzin pracy dziennie, 1,5 roczne dziecko, które wciąż nie zawsze przesypia całą noc i do tego inne obowiązki domowe. Okazuje się, że bycie w 100% perfekcyjnym pracownikiem, mamą i panią domu jest nierealne. A jeszcze nadal chciałabym mieć czas na swoje pasje: książkę, jogę, bloga…. Jak w tym nie zwariować? 

I właśnie o tym jest książka Ani Dydzik. Odpuść, wyluzuj. To pozycja dla wszystkich dziewczyn, które martwią się, czy będą karmić piersią, boją się reakcji teściowej na nieposprzątane mieszkanie czy mają poczucie winy, bo podniosły głos na swoją latorośl.

Nie, nie znajdziesz tu porad laktacyjnych ani pewnej recepty na bunt dwulatka. Ale dowiesz się, że nie tylko Ty tak masz. A to… po prostu podnosi na duchu.

Scenka rodzajowa numer 2:

Rozmowa z koleżanką z pracy:

„A:  Czy Julek już ładnie mówi? Bo mój synek to nie bardzo…
 Ja:  Nie… pojedyncze słowa, raczej naśladuje dźwięki. I ciągle myli mamę z tatą.
 A: Ufff… bo K. mówiła że jej córka pełnymi zdaniami mówiła jak miała rok i się martwiłam.  A Julek wkurza się czasem i rzuca rzeczami? Bo K. mówi, że jej córka to nigdy…
Ja: No jasne, że rzuca. Czasem rzuca też siebie na podłogę.
A: Uff to całe szczęście…”


Tak to działa. Jeżeli słyszysz od K. o idealnej córce, to zaczynasz się zastanawiać, co do diabła jest nie tak z Twoim dzieckiem. A szczerze mówiąc, to ja znam K. i  widziałam ją kilka razy z podkrążonymi oczami po nieprzespanej nocy a jej córka to żywe srebro, typowa trzylatka, żaden aniołek jak w opowieściach.


Ania Dydzik jest mamą trzech dziewczynek. Przeszła długą drogę – od zakompleksionej „kury domowej” po spełnioną, pełną pasji kobietę. Pokazuje swoje sposoby na walkę z baby blues, radzi jak się „odszczekać” przy głupich uwagach, potrząsa Tobą i mówi: DLA TWOJEGO DZIECKA TY JESTEŚ IDEALNĄ MAMĄ. ZAWSZE! To, czy mieszkanie będzie lśniło czystością a obiad gorący stał na stole nie ma najmniejszego znaczenia. Dla dziecka ważniejsza jest rozmowa, przytulenie, bliskość, szalona zabawa, poczucie bezpieczeństwa i beztroska. Tylko tyle i aż tyle.

Kochaj więc tego szkraba nad życie, ale nie zapominaj też o sobie – poproś o pomoc, nie musisz robić wszystkiego sama. Mając swoje pasje nie będziesz egoistką. Szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko, pamiętaj o tym!

Zanim zajrzysz do Internetu i na jakiekolwiek fora, zanim wdasz się w dyskusję na jednej z grup - zwolenniczek/przeciwniczek chustowania, szczepionek, zimnego chowu - wybierz dowolne, najpierw policz do 10 i sięgnij po tę książkę. Oszczędzisz sobie nerwów. 






Dzięki wydawnictwu MUZA, mam dwie książki dla Was!! Zapraszam do udziału w konkursie!
Regulamin i zasady konkursu:
1. Dokończ zdanie konkursowe, wpisując odpowiedź w komentarzu do tego posta lub do posta konkursowego na Facebooku.
Mama, to ktoś kto…
2. Na odpowiedzi czekam do końca maja, tj do środy 31.05.2017
3. Wygrywają dwie osoby, których odpowiedzi najbardziej mi się spodobają. Zwycięzcę wyłonię 1 czerwca 2017.
4. Nagrodą w konkursie jest książka „NIEPERFEKCYJNA MAMA” Ani Dydzik.
5. Nagród nie wysyłam poza granice Polski. 

"Nieperfekcyjna mama." Anna Dydzik

Wydawnictwo:  Muza

Liczba Stron:    240

Kategoria:        Poradnik








Udostępnij:

22 maja 2017

Jak zorganizować podróż po zachodnim wybrzeżu USA? - (część II - San Francisco i okolice)

Zachodnie wybrzeże USA

Kilka dni temu na blogu pojawił się wpis o mojej podróży przez zachodnie wybrzeże USA. Kto przegapił może zajrzeć tu.  Myślałam, że po Dolinie Śmierci i Wielkim Kanionie nic już nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. A jednak… zobaczcie jakie jeszcze atrakcje czekały na nas po drodze.

San Francisco


W San Francisco spędziliśmy ostatnie 7 dni naszej podróży. Zwiedzaliśmy miasto, okolice i odpoczywaliśmy. Od czego zacząć?

San Francisco
Alcatraz

My najpierw popłynęliśmy do Alcatraz. Bilety na prom trzeba zarezerwować wcześniej – w maju wystarczyło jeden dzień, jednak w sezonie lepiej spróbować nawet na miesiąc do przodu.  Muszę przyznać, że najsłynniejsze więzienie świata robi wrażenie – malutkie cele, historie ucieczek szeptane do ucha przez elektronicznego przewodnika i do tego niezwykły widok z wyspy na miasto. Zdecydowanie punkt obowiązkowy. Na dokładne zwiedzanie wraz z wycieczką promem trzeba poświęcić około 3 godzin.

San Francisco

Co potem? Kiedy wysiądziesz z promu skręć w prawo i kieruj się do Pier 39. To popularne, turystyczne miejsce z mnóstwem sklepików, restauracji, straganów i najlepsze – Lwy Morskie na deskach Mariny. Jest ich kilkadziesiąt i robią można na nie patrzeć godzinami.

Pier 39

Co dalej?  Tuż obok znajduje się targ rybny – Fisherman’s Wharf. Kraby, krewetki, małże. Czego tu nie ma… Na dodatek wszystko przepyszne.

Ok, zjedliśmy i teraz pniemy się w górę do ulicy Lombard. To jedyna w swoim rodzaju ulica – serpentyna. Nie da się tego opisać, po prostu trzeba zobaczyć.

Fish Market



Kolejny punkt to China Town – tutaj znajdziesz niedrogie ale smaczne restauracje i niezwykły klimat. Idąc dalej trafisz to dzielnicy biznesowej z eleganckimi sklepami i słynnym tramwajem.
San Francisco mnie urzekło. Niesamowita różnorodność, klimatyczne domki z wykuszami (koniecznie zobacz Painted ladies) i ten wszechobecny zapach trawki… Mogłabym tu zamieszkać.
Ach i zapomniałabym – obowiązkowo jedź na jeden z licznych punktów widokowych aby zobaczyć słynny Golden Gate. 

Lombard Street
Lombard Street

Podróżując autem po San Francisco warto pamiętać, że wszystkie mosty są płatne.

 Park Narodowy Yosemite


Odległy około 4h godzin od San Francisco. Góry, jeziora, las – widoki jak pocztówki albo z układanki na puzzle. W niektóre miejsca warto zabrać płaszcz przeciwdeszczowy – wodospady potrafią zmoczyć bardziej niż siarczysta ulewa.

Park Yosemite

Na Yosemite warto zarezerwować sobie 4-6 godzin. Jest kilka bardzo fajnych ścieżek spacerowych, gdzie do przejścia są 1-3 mile w jedną stronę. Warto.


Dolina Krzemowa i Uniwersystet Standford


Miejsce do odwiedzenia obowiązkowo dla każdego informatyka, ale nie tylko. Fantastyczne miasteczko Google robi wrażenie. Wysiadasz z samochodu i nagle słyszysz wszystkie akcenty świata – pracują tu przecież ludzie chyba każdej narodowości.
Silicon Valley


Mnie najbardziej podobało się cmentarzysko Androidów, czyli miejsce, gdzie trafia każdy model robocika, kiedy wydawana jest nowsza wersja. Niezwykła jest atmosfera tego miejsca. Ludzie pracujący na ławkach przy sadzawkach wodnych albo korzystający w czasie wolnym z zajęć jogi…
Niestety zwiedzanie samej siedziby jest niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba, trzeba mieć specjalne zaproszenie lub być rodziną jednego z pracowników.

Blisko siedzimy Google znajduje się jeden z najlepszych uniwersystetów świata – Standford. Piękne ogrody, wspaniałe budynki – warto poświęcić przynajmniej godzinę na zwiedzanie tego miejsca.

Monteray i Santa Cruz


17 miles drive
Trasa numer 17

To malutkie, ale urocze mieścinki położone w pobliżu San Francisco. W Santa Cruz znajduje się sympatyczna plaża i molo, z którego można obejrzeć Lwy morskie – podobnie jak w San Francisco. Na molo kupisz również super smaczne ostrygi – pozycja obowiązkowa w menu odwiedzających.
Drugie miasteczko to Moneray – malutka, ale urocza miejscowość. Będąc tu warto zjeść w Bubba Gump – restauracji żywcem wyjętej z Forresta Gumpa. Pycha.

Będąc w pobliżu Monteray warto pojechać malowniczą trasą numer 17 (17 mile drive). Podobno jest to jedno z najdroższych miejsc do zamieszkania w tej części stanów. Patrząc na okolicę, trudno się dziwić.

Odpoczynek


San Francisco
Devil's Slide
Będąc w San Francisco warto pojechać też na jedną z okolicznych plaż zahaczając przy okazji o Devil’s Slide – bardzo ciekawe widokowo miejsce.

Jeżeli chcesz jednak uciec trochę od miasta, polecam Half Moon Bay – fantastyczna, trochę oddalona od miasta plaża. Nie wiem jak w sezonie – teraz w maju była praktycznie pusta. Woda jest tu o wiele chłodniejsza niż w Los Angeles i są dość niebezpieczne prądy morskie, więc może większe kąpiele to nie najlepszy pomysł, ale relaks na piasku gwarantowany.

Zachodnie wybrzeże USA

Nie wiem co takiego jest w Stanach Zjednoczonych, ale nieważne czy jest to Nowy York, Kalifornia czy Nevada, czuję się tam jak w domu. Być może to kwestia niezwykle przyjaźnie nastawionych i otwartych mieszkańców, może brak bariery językowej.  Tak czy siak – na pewno jest to miejsce, które warto zobaczyć. Podróż, choć odrobinę męcząca przez odległości dzielące poszczególne atrakcje, to jednak zdecydowanie warta swojej ceny. 
Udostępnij: