11 stycznia 2019

Jak będąc mamą dwójki małych dzieci znaleźć czas na czytanie i inne pasje?



Pod ostatnim postem na fanpage, tym w którym opisuję 143 przeczytane w 2018 roku książki, Agata napisała:
„ Iza, matko dwóch Maluchów, Dziewczyno niemożliwa! Jak Ty to robisz?! Kiedy Ty pierzesz, prasujesz, sprzątasz i gotujesz?! Czy Ty nie musisz spać?! Proszę o osobny wpis na blogu o tym, jak w jednym tylko roku przeczytać 143 książki!”
No to proszę, wedle życzenia.


Taki post już kiedyś powstał. Prawie 3 lata temu napisałam tutaj o moich sposobach na czytanie przy niemowlaku. Oj, jaka byłam wtedy przemądrzała. Teraz, po roku spędzonym z Dzieckiem Numer Dwa wiem jedno – każdy maluch jest inny i każdy wymaga indywidualnego podejście.
Starszy to anioł – jako niemowlak głownie spał i jadł lub bawił się sam układając klocki lub wymyślając inne atrakcje. Młodszy to tzw. „żywe srebro”, choć ja częściej używam określenia „diabeł wcielony”. Prawie nie śpi, najchętniej nie schodziłby z rąk, a jeśli już chce pobyć sam to na pewno tylko po to by coś zbroić lub rozbić sobie głowę.
A jednak mimo takiego łobuziaka w domu udało mi się jakoś przetrwać rok, przeczytać naprawdę dużo książek i jeszcze zadbać o kondycję. Jak to zrobiłam? Ano tak:

Grudzień 2017, 11 książek

Mały Leonard urodził się 9 grudnia. Do tego czasu miałam raczej wolne dni – Julek w przedszkolu, Bartek w pracy. Przez ten czas przeczytałam 3 książki.
A potem – no cóż. Narodziny synka, 7 dni w szpitalu, święta święta i po świętach. Szczerze mówiąc ledwo ten czas pamiętam. Wiem jedno – spałam wtedy jakieś 3-4 godziny na dobę, bo Leoś traktował mnie jak miskę z jedzeniem, przytulankę i smoczek w jednym.
A co robić, jeżeli nie masz szans wstać z kanapy przez 20 godzin dziennie? Ja głównie czytałam. A Julek? Gotowanie? Pranie? Szczerze mówiąc kompletnie nie pamiętam, więc pewnie zajmował się tym Bartek.

Styczeń 2018, 16 książek

W styczniu udało mi się poznać 16 książek, w tym 4 audiobooki. Jak?
Leoś nadal przykleja się do mnie non stop, chyba że akurat uda mi się go zabrać na chwilę na spacer. A, raz dla własnego zdrowia psychicznego odstawiam go na 2 godziny i uciekam na łyżwy. Dziękuję mężu!
Na spacerach ruszają audiobooki, jeden z najcudowniejszych wynalazków ludzkości.
Julek jest najlepszym starszym bratem na świecie – po powrocie ze żłobka chętnie przytula się do brata i zajmuje go choć na chwilę.
Czasem wspólnie gotujemy. Tydzień spędza w szpitalu i wtedy logistyka robi się trochę trudniejsza, ale z pomocą rodziców dajemy sobie świetnie radę i nawet udaje mi się spędzić z nim jego urodziny.
Czytam sporo wieczorami, żeby zabić ponure myśli w samotne zimowe wieczory, które B. spędza z Juju na oddziale. 

Luty 2018, 10 książek

To miesiąc nie przeczytałam zbyt wielu książek, ale przeczytałam pięciotomowych Nędzników, czyli lekko licząc jakieś 1700 stron. Więc i tak nieźle. Jak mi się to udało?
W lutym wstaję z kanapy! Na tydzień wyjeżdżamy z przyjaciółmi na Mazury, gdzie zmieniamy się przy dzieciach tak, aby każdy miał przynajmniej 4 godziny tylko i wyłącznie dla siebie. Cudowne chwile!
 Ja wykorzystuję je jeżdżąc na nartach, pływając na basenie lub ćwicząc na siłowni. No i oczywiście czytam. Przy hotelowym kominku. Fantastycznie.
A około północy, kiedy wszyscy już kładą się spać, ja robię z Leo kilometry po hotelowych korytarzach. Oczywiście słuchając przygód Jeana Valjeana.
Zaczynam też biegać. 18 lutego robię moje pierwsze 5 kilometrów i od razu łapię bakcyla. Z każdym tygodniem biegam coraz więcej – zawsze z audiobookiem na uszach. 


Marzec 2018, 12 książek

Wciąż nie udaje mi się przespać więcej niż 4 do 5 godzin na dobę, co daje baaardzo dużo czasu na czytanie. Karmiąc w nocy korzystam z Kindle lub Legimi w trybie nocnym. W dzień, kiedy Leoś śpi, czytam książki papierowe.
No i oczywiście wersje słuchane – w marcu spośród 12 książek 4 przesłuchałam. Kiedy? Na spacerach, biegając (w marcu biegałam zazwyczaj raz w tygodniu między 5 a 7 rano, kiedy miałam pewność że młody szkodnik będzie spał), prasując, sprzątając…
W marcu też ruszamy z Leo na fitness dla mam z dziećmi. Dwa razy w tygodniu. Cudowne dziewczyny i super dawka endorfin. No i prezent od męża: jeden wolny wieczór w tygodniu. Dla mnie to oznacza jedno: powrót na jogę. Dziękuję!
Gotowanie? Pewnego dnia robię z dziećmi swoje pierwsze w życiu kluski śląskie. Pycha. 

Kwiecień 2018, 10 książek

Kwiecień jest fajny i aktywny. Bartek dużo czasu spędza z nami w domu, więc mam czas czytać kiedy on zajmuje się Leo – to jakieś dwie dodatkowe godziny. Hurra!
Po latach przerwy udaje nam się również wrócić na ściankę wspinaczkową! Mały grzecznie leży na macie i obserwuje a rodzice śmigają. Polecam.
No i oczywiście biegam – jakieś 2h tygodniowo. Udaje mi się po raz pierwszy w życiu przebiec dystans półmaratonu i jestem z siebie bardzo dumna. W czasie biegania i spacerów przesłuchuję w kwietniu 3 audiobooki.
W tym miesiącu wyjeżdżamy też na krótkie, acz bardzo intensywne wakacje, gdzie wydrapuję dla siebie trochę czasu na rower. Jeżeli jesteście ciekawi, jak podobało nam się w Omanie, zajrzyjcie tutaj

Maj 2018, 16 książek

Maj to dużo wycieczek, mój pierwszy lot szybowcem i sporo godzin spędzonych w aucie, w którym przesłuchałam aż 9 audiobooków.  
Udaje mi się też namówić przyjaciółkę na wspólny jednodniowy wyjazd w góry i wraz z Leo w nosidełku robimy ponad 30-to kilometrowy trekking po Beskidach Niskich. Super sprawa! Naszą wspinaczkę możecie zobaczyć tutaj.
A pozostałe 7? No cóż… Mały wciąż budzi się w nocy, więc mam wtedy sporo czasu.  

Czerwiec 2018, 13 książek

W czerwcu krążymy od jednej przychodni do drugiej, od jednego lekarza do kolejnego. A popołudniami? Julek pokochał wspólne gotowanie, więc czas spędzamy głównie w ten sposób. Albo na placu zabaw.
Odkrywam też, że Leoś uwielbia siedzieć w łóżeczku i patrzeć jak mama ćwiczy na orbitreku. I naprawdę świetnie się przy tym bawi a po około 40 minutach skrzypienie maszyny po prostu go… usypia. Wykorzystuję tę sztuczkę przynajmniej raz w tygodniu. No i oczywiście wciąż chodzimy wspólnie na fitness.
Biegam trochę mniej, za to sporo jeżdżę na rowerze. Jeżdżąc i spacerując przesłuchuję 7 audiobooków. Leoś zaczyna już przesypiać noce, ale ja wciąż się budzę bardzo wcześnie (około 4-5 rano), co pozwala mi na przeczytanie 6 kolejnych książek.
Aaa byłabym zapomniała. Dla zabicia rutyny na kilka dni wyjeżdżam z mamą i chłopcami w Karkonosze. Pewnego dnia Julek zostaje z mamą w Szklarskiej Porębie a my z Leo zdobywamy Szrenicę. Wspinaczkę można prześledzić tutaj.

Lipiec 2018, 11 książek

Początek miesiąca jest fajny. Odkurzam rolki i wciąż chodzę na fitness. Ale to tylko pierwsze kilka dni...

Lipiec był trudny – właściwie cały miesiąc Julek spędził w szpitalu a ja w ciągu dnia usiłowałam tak wszystko zaplanować, żeby być w dwóch miejscach jednocześnie. Czasem udawało się Leonarda zabrać w odwiedziny do szpitala, czasem pomagali rodzice. Bez ogromnej pomocy mojej mamy, teściów i przyjaciół ten czas byłby dużo trudniejszy. Bartek nocuje w szpitalu a prosto stamtąd jeździ do pracy.
Na 11 przeczytanych w tym miesiącu książek aż 7 przesłuchałam – głównie na rowerze, którym jeździłam w odwiedziny do Julka. Z braku czasu mocno ograniczyłam pozostałe treningi, choć starałam się narzucić sobie dyscyplinę i przynajmniej poćwiczyć trochę w domu z Leo.
Mały zaczyna sypiać już bardzo dobrze, więc ja od 20 siedząc sama w domu mam aż za dużo czasu na książki. 

Sierpień 2018, 11 książek

W sierpniu dalej krążymy między domem a szpitalem, choć już rzadziej. Sporą część czasu Julek spędza w domu lub z dziadkami, do przedszkola ani żłobka w tym miesiącu nie chodzi.
Popołudniami wyciągam z szafy rolki i robimy z Julkiem po kilka kilometrów – on na hulajnodze a ja pchając wózek na moich kółeczkach.
Kiedy dzieciaki zasypiają – wracam do biegania. Staram się wychodzić dwa lub trzy razy w tygodniu zazwyczaj między 22 a północą. Minus nocnego biegania jest taki, że trudno potem zasnąć. No ale zawsze można poczytać…
Na 11 poznanych książek 4 to audiobooki. 

Wrzesień 2018, 13 książek

Wrzesień zaczął się trudno, bo wciąż szpitalnie, ale potem było tylko lepiej. Kilka krótkich, ale bardzo fajnych wyjazdów z przyjaciółmi, dwa wesela i festiwal świateł. Z Leo i przyjaciółką w dwa dni przechodzimy po górach prawie 60 km zdobywając jednego dnia Babią Górę (i to po łańcuchach i drabinkach! – zdecydowanie nie polecam żółtego szlaku z dzieckiem) a drugiego Małą Babią Górę. Działo się. Obie wycieczki można obejrzeć tu i tu
We wrześniu biegam bardzo dużo i to głównie wtedy słucham książek. No i oczywiście podczas spacerów. Na 13 pozycji pochłoniętych we wrześniu aż 6 było w postaci audiobooków. A pozostałe 7? Tradycyjnie w nocy lub w dzień, kiedy Leoś ucinał sobie dwugodzinną drzemkę.
Maluchy kiedy są we dwójkę dają coraz bardziej popalić, choć nadal udaje nam się wspólne gotowanie, sprzątanie a nawet wspólne ćwiczenia, choć czasem oznacza robienie pompek z obydwoma na plecach 😉

Październik 2018, 11 książek

Październik to chyba pierwszy miesiąc, w którym zaczynam czuć kryzys. Ok, udało mi się przeczytać 11 książek, w tym jedną która miała prawie 1000 stron, ale za to dwie były 60-stronicowymi nowelkami. Więc średnia raczej wypada blado.
Do połowy października jeszcze biegam, udaje mi się nawet pobiec w zawodach i zrobić naprawdę niezły czas na półmaratonie, ale potem organizm odmawia posłuszeństwa i muszę odpocząć.
Leoś zaczyna już chodzić i interesować się zabawkami Julka a wiadomo, że braterska miłość kończy się tam, gdzie zaczyna się miłość do transformersów. Jest trudno, ale będzie lepiej, prawda?
To jest też moment, kiedy czuję, że przestaję panować nad bałaganem. Zaczynam tonąć w porozrzucanych przez Leo zabawkach, praniu i prasowaniu. Ale co tam. Damy radę!

Listopad 2018, 8 książek

Zbuntowana i zmęczona bardzo chcę wakacji. No to jedziemy! Spędzamy całą rodziną fantastyczne dwa tygodnie w Azji. Czytam dużo mniej, bo bycie z dwójką dzieci non stop skutecznie to uniemożliwia, ale przygoda goni przygodę i nie ma ani chwili nudy.
Na lektury zawsze zostają mi noce, które przez jet lag stają się jeszcze dłuższe niż przy mojej tradycyjnej polskiej bezsenności.
 Po powrocie wracam do biegania, ale dużo mniej intensywnie. Ciało mówi stop. Dlatego na 8 książek tylko 3 to audiobooki.
Pranie, prasowanie i sprzątanie przy dwójce non stop bijących się krzykaczy? Litości!


I tak dobrnęłam do 9 grudnia 2018, kiedy to Leoś skończył rok. Nie licząc hardcorowej końcówki, nie było tak strasznie. Książki udało mi się głównie albo przesłuchać, albo przeczytać z dzieckiem na piersi. Na pewno pomaga mi to, że czytam dość szybko – od 40 do 70 stron na godzinę, w zależności od książki.

Po co to wszystko napisałam? Nie po to, żeby podkreślić jak można sobie perfekcyjnie radzić w domu, bo mnie do perfekcji naprawdę daleko i gdybyście zapytali mojego męża to na pewno duszkiem wymieni wszystko czego mu brakuje i będzie to dość długi wykład 😉. Zaległe prasowanie wysypuje się z szafki, potykam się o rozrzucone zabawki, obiadu nie gotuję codziennie a od razu na 3 dni a gdyby nie kochana pani Dorota, która wpada raz na 3 tygodnie, pewnie nie miałabym tak czystego mieszkania.

Piszę to po to, żeby pokazać, że się da. Po prostu odpuść sobie niektóre zbędne czynności i poświęć przynajmniej połowę czasu, który Twój maluch łaskawie przesypia nie na obowiązki domowe (no chyba, że to uwielbiasz), ale na to, co naprawdę daje ci przyjemność. Niech to będzie choć godzina dziennie.

Zawsze byłam osobą bardzo aktywną, uwielbiałam wyjazdy, imprezy, przygody. Dzieci bardzo mnie ograniczyły i czasami siedząc w domu czułam się jak dzikie zwierzątko uwięzione w klatce. Ale jak tylko łapało mnie takie uczucie, pakowałam się i zabierałam Leo w góry albo całą rodziną jechaliśmy nad morze albo z przyjaciółmi jeszcze w jakiś inne miejsce, byle odkryć coś nowego. Jasne, jest to raczej ersatz, niż intensywne życie za jakim tęsknię, ale jak się nie ma co się lubi, to naprawdę można pokochać to, co się ma. A uśmiech dzieciaków potrafi wynagrodzić wiele wyrzeczeń.

A Ty jak znajdujesz czas na swoje pasje? Podziel się sposobami 😊
Udostępnij:

31 grudnia 2018

Książkowe oczarowania i rozczarowania 2018



2018… Jaki był? Jeżeli chodzi o książki – doskonały. Udało mi się przeczytać 143 pozycje z czego zdecydowana większość była naprawdę świetna.  Wiele ciekawych reportaży, biografii i książek podróżniczych.
Te ostatnie  - na potrzeby popularnego na blogu cyklu „książką po mapie”. W ramach serii były już książki o Polsce, Łodzi, Islandii, Paryżu, Korei Północnej i Japonii. W planach są kolejne wpisy: o Włoszech, USA, Hiszpanii, Indiach, ZSSR i Afryce.
Odkryłam w tym roku kilku ciekawych pisarzy. Najlepsi to Kristin Hannah, która pisze o silnych kobietach, które nie boją się niczego i Khaled Hosseini, który przybliża świat Islamu w najpiękniejszy możliwy sposób.
Co ciekawe, kilka wysokich not (ósemki!) dałam książkom sensacyjnym i kryminałom, a to zdarza mi się naprawdę rzadko. Panie Wroński, panie Miłoszewski – chapeau bas! Był także niezawodny Nesbo i zaskakująco wciągająca, choć brutalna, „Czwarta małpa”. Dobra robota.
A co poza tym? Zerknijcie na listę 143 książek, posortowanych od najlepszej do najsłabszej. Co ciekawe, te dwie najsłabsze to prawdziwe bestsellery – błagam nie dajcie się nabrać. Totalna klapa. Natomiast te wycenione na 9 i 10 zapiszcie sobie na kartce i sięgnijcie po nie koniecznie. Są wyjątkowe.

10 punktów - arcydzieło

Khaled Hosseini „Tysiąc wspaniałych słońc” (recenzja tu)
Katarzyna Boni „Ganbare! Warsztaty umierania” (recenzja tu)
Anna Bikont „Sendlerowa. W ukryciu.” (recenzja tu)
Magdalena Grzebałkowska 1945. Wojna i pokój” (recenzja tu)
Victor Hugo „Nędznicy” (recenzja tu)
Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” (recenzja tu)
Yuval Noah Harari „Homo Deus. Krótka historia jutra.”
Kathryn Stockett „Służące” (recenzja tu)
Khaled Hosseini „Chłopiec z latawcem” (recenzja tu)
Kristin Hannah „Słowik” (recenzja tu)
Magdalena Grzebałkowska „Komeda. Osobiste życie jazzu. (recenzja tu)
Jerzy Ambroziewicz „Zaraza” 
Andriej Płatonow „Dół” (recenzja tu)


9 punktów - wybitna

Wojciech Orliński „Lem. Życie nie z tej ziemi”
Thorwald Jurgen „Stulecie chirurgów” (recenzja tu)
Robert Rient „Duchy Jeremiego” (recenzja tu)
Stanisław Lem „Wysoki Zamek”
Malala Yousafzai „To ja, Malala” (recenzja tu)
Stanisław Lem „Fiasko”
Olga Tokarczuk „Ostatnie historie”
Haruki Murakami „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” (recenzja tu)
Witold Szabłowski „Tańczące niedźwiedzie”
Martyna Bunda „Nieczułość” (recenzja tu)
Jacek Hugo Bader „Biała gorączka”
Mariusz Szczygieł Gottland”
William Wharton „Ptasiek” (recenzja tu)
Joanna Stovrag „Chwila na miłość” (recenzja tu)
George Saunders „Lincoln w Bardo” (recenzja tu)
Hyeonseo Lee „Dziewczyna o siedmiu imionach” (recenzja tu)
Kathleen McAuliffe „Pasożyty w twoim mózgu” (recenzja tu)
Aldous Huxley „Nowy wspaniały świat” (recenzja tu)

8 punktów - rewelacyjna

Joseph Murphy „Potęga podświadomości”
Olga Tokarczuk „Opowiadania Bizarne”
Emily Esfahani Smith „Znajdź w życiu sens” (recenzja tu)
Arlie Russell Hochschild „Obcy we własnym kraju” (recenzja tu)
Sylwia Winnik „Dziewczęta z Auschwitz” (recenzja tu)
Michael Ondaatje „Angielski pacjent” (recenzja tu)
Jakub Żulczyk „Wzgórze psów” (link tu)
Paweł Jasienica „Polska Jagiellonów”
Ed Vulliamy  „Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy.”
Irving Stone „Udręka i ekstaza”
Jo Nesbo „Macbeth” (recenzja tu)
Kazuo Ishiguro „Nie opuszczaj mnie” (recenzja tu)
Ewa Winnicka „1968. Czasy nadchodzą nowe” (recenzja tu)
Kaziemierz Nowak „Rowerem i pieszo przez czarny ląd”
Anna Bolava „W ciemność” (recenzja tu)
Paweł Sołtys „Mikrotyki” (recenzja tu)
Cezary Łazarewicz, Andrzej Bober „Ja. Rozmowa z LechemWałęsą” (recenzja tu)
Weronika Gogola „Po trochu” (recenzja tu)
Klementyna Suchanow „Gombrowicz. Ja geniusz” (recenzja tu)
Sylwia Chutnik „Kieszonkowy atlas kobiet”
J.D. Barker „Czwarta małpa” (recenzja tu)
Simona Kossak „Opowiadania o ziołach i zwierzętach”
Denis Diderot „Kubuś fatalista i jego pan”
Zygmunt Miłoszewski „Jak zawsze” (recenzja tu)
Kristin Hannah „Wielka samotność” 
Haruki Murakami Śmierć Komandora. Pojawia się idea.” (recenzja tu)
Marcin Wicha „Jak przestałem kochać design”
Maria Pierzchała „Czółenka czy szpilki” (recenzja tu)
R.A. Antonius „Czas Beboka”
Steve Sem-Sandberg „Biedni ludzie z miasta Łodzi”(recenzja tu)
Stanisław Grzesiuk „Boso, ale w ostrogach”
Władysław Reymon Ziemia obiecana” (recenzja tu)
Kamil Janicki „Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce”
Ignacy Karpowicz „Miłość”
Aleksandra Zielińska „Bura i szał” (recenzja tu)
Marcin Meller „Między wariatami”
Marcin Meller „Sprzedawca arbuzów”
Michael Cunningham „Godziny” 
Wojciech Kuczok „Czarna”
Ira Levin „Dziecko Rosemary”
Anna Janko „Dziewczyna z zapałkami”
Wojtek Miłoszewski „Inwazja” (recenzja tu)
Marcin Wroński „Gliny z innej gliny” (recenzja tu)
Zyta Rudzka „Krótka wymiana ognia”

7 punktów - bardzo dobra

Jakub Żulczyk „Ślepnąc od świateł” (recenzja tu)
Georgia Hunter „My mieliśmy szczęście” (recenzja tu)
Wojtek Miłoszewski Farba” (recenzja tu)
Anna Kańtoch „Diabeł na wieży”
Louisa May Alcott „Małe kobietki” (recenzja tu)
Petra Hulova „Macocha” (recenzja tu)
J. Maarten Troost „Życie seksualne kanibali” (recenzja tu)
Aleksandra Zielińska „Kijanki i kretowiska” (recenzja tu)
Grzegorz Bogdał „Floryda” (recenzja tu)
Eustachy Rylski „Blask”
Artur Żak „Życie o smaku umierania” (recenzja tu)
Katarzyna Nosowska „A ja żem jej powiedziała” (recenzja tu)
Bergsweinn Birgisson „Czarny wiking” (recenzja tu)
Andrzej Mencwel Toast na progu(recenzja tu)
Éric-Emmanuel Schmitt „Zemsta i przebaczenie(recenzja tu)
Wojtek Miłoszewski „Kastor” (recenzja tu)
Adriana Michalewska „Dziewczyny chcą się zabawić” (recenzja tu)
Donato Carrisi „Dziewczyna we mgle” (recenzja tu)
Stephen King „Mroczna połowa”
Stephen King „Znalezione nie kradzione”
Peter Wohlleben „Sekretne życie drzew”
Katarzyna Ryrych „Listy od… 2” (recenzja tu)
Szczepan Twardoch „Król”
Hanya Yanagihara „Ludzie na drzewach”
Irving Stone „Pasja życia
Remigiusz Mróz „Behawiorysta” (recenzja tu)

6 punktów - dobra

Pierre Lemaitre „Do zobaczenia w zaświatach” 
Steven Naifeh „Van Gogh. Życie”
Waldemar Bawołek Echo słońca” (recenzja tu)
Tom Hanks „Kolekcja nietypowych zdarzeń
Anna Sundberg „Żona terrorysty” (recenzja tu)
Igor Ostachowicz „Noc żywych Żydów”
Andrzej Saramonowicz „Pokraj” (recenzja tu)
Agnieszka Szpila „Bardo”
Piotr Skibiński „Polska 1918” (recenzja tu)
Ryszard ĆwirlejMasz to jak w banku” (recenzja tu)
Stephen King „W wysokiej trawie”
Stephen King „Stewart O’Nan”
Suzanne Collins „Igrzyska śmierci” (recenzja tu)

5 punktów - przeciętna

Hendrik Groen „Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika G.”
Artur C. Clark „Odyseja kosmiczna”
Philip K. Dick „Przez ciemne zwierciadło”

4 punkty - może być

L.M. Longworth Śmierć w Chateau Bremont” (recenzja tu)
Krzysztof Bochus „Szkarłatna głębia” (recenzja tu)
Przemysław Żarski „Umwelt” (recenzja tu)

3 punkty - słaba

Krzysztof Kotowski „Obława” (recenzja tu)
Michelle Gable „Apartament w Paryżu” (recenzja tu)
J.S. Monroe „Znajdź mnie” (recenzja tu)
Suzanne Collins „W pierścieniu ognia”
Suzanne Collins „Kosogłos”

2 punkty - bardzo słaba

Ewa Zdunek „Mediatorka”
Beata Pawlikowska „Blondynka nad Gangesem”

1 punkt - beznadziejna

Joanna Maślankowska „Cztery Żywioły, czyli autostopem dookoła Islandii” (recenzja tu)
Sherry Argov „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy”
Sherry Argov „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy”

A plany na 2019? Teraz czytam równolegle trzy książki, pewnie skończę je w przyszłym tygodniu: „Bieguni” Olgi Tokarczuk, „Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży bez cenzury” Philippa Pullmana i „Władzę absolutną” Remigiusza Mroza, czyli trzecią część świetnej serii „W kręgach władzy” (pisałam o niej tutaj).
Następne w kolejności są „Czasy secondhand” – reportaż Swietłany Aleksijewicz o homo soviectus, „Zwyczajne pakistańskie życie” Joanny Kusy o jej życiu w Karaczi i króciutka, ale świetnie zapowiadająca się proza Mikołaja Grynberga pt: „Rejwach”. To w styczniu.
A co potem? Nie wiem i tym razem nie chcę nic zakładać. Mam tylko nadzieję, że czasu na czytanie mi nie zabraknie.
A jaka jest najlepsza książka jaką ty przeczytałeś w 2018 roku?
Udostępnij:

19 grudnia 2018

12 serialowych bohaterów, których chętnie zaprosiłabym na Wigilię



Kiedyś seriale były czymś gorszym od filmu – ot, rozrywka dla niewymagającej publiczności. Ale z czasem zaczęło się to zmieniać. Kolejne amerykańskie produkcje promowały wielkie gwiazdy – swoją karierę w serialu zaczynali przecież tacy aktorzy jak Jennifer Aniston czy Ashton Kutcher.  
Teraz jest jeszcze inaczej – producenci serialu ściągają do swoich dzieł największe gwiazdy światowego kina i stają się oni markami promującymi tasiemce. Ot choćby Kevin Spacey, bez którego Hopuse of Cards nie byłoby tym, czym jest.
A dziś - dwanaście osób niczym dwanaście smakowitych wigilijnych potraw. Każdy niesie za sobą ciekawą historię i osobowość. Gdybym tylko mogła, chętnie bym ich poznała. Oto postaci, które zaprosiłabym na Wigilię.

Saul Goodman ("Breaking Bad", "Better Call Saul") – bo mi go żal


Człowiek o bardzo dobrym sercu, który zazwyczaj znajduje się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie i zupełnie nie z tymi ludźmi, z którymi powinien. Nawet gdyby chciał przycwaniakować, zemścić się albo po prostu zarobić trochę kasy na lewo – zawsze pojawia się jakiś wyrzut sumienia, który sprawia, że znowu ląduje na zapleczu zakładu kosmetycznego.

Jak się kończy jego historia wiemy z jednego z najwyżej ocenianych przez FILMWEB serialu Breaking Bad. A jeżeli chcecie poznać go lepiej, sprawdźcie, oglądając serial Better Call Saul,  jakie były początki jego działalności, kiedy nie nazywał się jeszcze Saul Goodman a po prostu Jimmy McGill.

Tyrion Lannister ("Gra o tron") – bo dobrze by się z nim piło 

Mój ulubiony z bohaterów tego świetnego skądinąd serialu. Od zawsze traktowany jako zło konieczne, z urodą delikatnie mówiąc nienachalną, zdołał mimo wszystko zachować zdrowe podejście do życia, poczucie humoru i jest jedną z nielicznych (jedyną??) postacią z familii Lannisterów, której bliżej jest do pozytywnej niż negatywnej. No ok, może nie jest postacią o kryształowym sercu, w sumie (uwaga spoiler!) zabił swojego ojca, ale i tak na tle rodzeństwa, zwłaszcza siostry, wypada całkiem nieźle. Lubię go za inteligencję, czarny humor i mocną głowę. Z chęcią poszłabym z nim na niejedną ucztę, w sumie wszystko jedno wigilijną czy nie.


Red ("Orange is a new black") – bo nieźle gotuje

Ze wszystkich więźniarek Red jest moją ulubioną. Jej rosyjska fantazja a przede wszystkim charyzma są imponujące. To fajna, silna babka, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Bezlitosna i mściwa wobec wrogów ale przy tym ciepła i pełna troski o najbliższe osoby.
Choć z natury nie lubię despotycznych osób, ona wzbudza mój szacunek i sympatię. Zresztą umówmy się, jeżeli boi się jej nawet ruska mafia, to znaczy, że to musi być fest kobieta.
Mam nadzieję, że zaproszona na Wigilię przygotowałaby którąś ze swoich specjalności. Może niekoniecznie z kuchni więziennej a raczej z restauracyjnego życia sprzed.


Bree Van de Kamp ("Gotowe na wszystko") – bo fantastycznie gotuje

Być może na początku dystyngowana osobowość Bree byłaby na Wigilii krępująca, ale w gruncie rzeczy pod zbroją dobrych manier ukryta była naprawdę równa babka i przyjaciółka, która za swoich bliskich dałaby się pokroić.
Ten serial to mój numer jeden we wszechświecie a Bree jest zdecydowanie moją ulubioną bohaterką – zwłaszcza w późniejszych sezonach, kiedy odpuszcza życie na pokaz i dostrzega, że w życiu czasem są ważniejsze rzeczy, niż dobra reputacja. Przenikliwa, sprytna, niebywale inteligenta. Dobrze mieć ją w życiu po swojej stronie. 


Monica Geller („Przyjaciele”) – bo wysprzątałaby mi wszystko na błysk

Przyznam, że od kiedy mam dwoje mobilnych dzieci przestałam ogarniać moje mieszkanie. Przy jednym Julku jeszcze jakoś to grało, teraz potykam się o zabawki, przekopuje przez tony ubrań, które Leo tak często wyrzuca z szafy, że nie ma sensu ich wkładać z powrotem i przede wszystkim tonę w praniu i prasowaniu.  
I tu właśnie wkroczyłaby Monica ze swoimi złotymi rękami i ekstra super podręcznym odkurzaczem. A po wszystkim, biorąc pod uwagę jej poczucie humoru – myślę, że poprawiłaby atmosferę przy świątecznym stole.
A serialu „Przyjaciele” chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, prawda?


Mark Sloan („Chirurdzy”) – bo jest śliczny

W sumie nie musi nic robić. Akurat wszystkie dzieci w rodzinie się już w tym roku porodziły, ginekolog na sali nie potrzebny,  więc mógłby sobie po prosu siedzieć i wyglądać. Najlepiej bez koszulki.
A tak na marginesie - „Chirurdzy” to zdecydowanie nie jest mój serial – przez namowy koleżanek dotrwałam jakoś do dziewiątego sezonu, ale w sumie dla mnie nie ma tam nic poza tym, że każdy bzyka się z każdym. Taka „Moda na Sukces” tylko że w szpitalu.
Co nie zmienia faktu, że Sloan to fajne ciacho. 


Claire Underwood ("House of Cards") – bo wiele można by się od niej nauczyć


Claire imponowała mi w pierwszych seriach „House of Cards”. Błyskotliwa, stanowcza, zawsze wie czego chce i nie waha się by po to sięgnąć. Myślę, że gdybym ją poznała mogłabym się od niej wiele nauczyć – przede wszystkim wyrachowania, bezwzględności i osiągania sukcesu po trupach bez żadnych wyrzutów sumienia. Hmm… to w sumie chyba nie chcę. Fałszywa, zimna blond suka.  Cofam zaproszenie. Zresztą, polityka to ostatnia rzecz, jakiej przy wigilijnym stole mi trzeba. 


Dr Melfi ("Rodzina Soprano") – bo wszyscy potrzebujemy dobrego psychiatry

Skoro pomogła nawet szefowi mafii, to może i ze mną by sobie poradziła? 😉 a mówiąc serio – uwielbiam tę kobietę za jej profesjonalizm bez względu na wszystko. I za naprawdę mądre rady. A o dobrych psychoterapeutów naprawdę nie jest łatwo. Wiem, bo koledzy mówili. I koleżanki.
W całej „Rodzinie Soprano” to chyba jedyna postać, którą da się lubić, choć mimo to serial wciąga i to bardzo. A zwieńczenie ostatniego sezonu to istny majstersztyk – moim zdaniem to najlepiej zakończony serial ze wszystkich. 


Dr House ("Dr House") – bo mam słabość do gburów

No co poradzić – tak sobie myślę, że za większością tych cynicznych, antypatycznych masek kryje się potrzebujące ciepłej kołderki serduszko. I mam do takich serduszek słabość. A House jest do tego wściekle inteligentny, więc ostrze sobie zęby już na samą myśl o polemice z nim na dowolny temat.
Poza tym, któż jak nie on pomoże siostrze, którą pobolewa kręgosłup, teściowej, która narzeka na nogi i całej masie reszty rodziny, której doskwiera diabli wiedzą co? 


Pablo Escobar (Narcos) – bo przyniósłby coś na poprawę nastroju

No dobra, mówiąc serio – nie usiadłabym z Escobarem przy jednym stole. Równie dobrze można by próbować łamać się opłatkiem z Adolfem Hitlerem.
 Ale serial jest świetny. Polecam gorąco i to nie tylko te sezony, w których akcja skoncentrowana jest na złapaniu Pabla, ale również kolejne, które dzieją się już po jego śmierci. Potężna dawka historii a także wiedzy o współczesnej Kolumbii.


Samatha Jones (Sex w Wielkim Mieście) – bo z nią życie nabiera smaku

Tak naprawdę z Samanthą zamiast na Wigilię o wiele chętniej wybrałabym się na jakieś sylwestrowe party – bo bawić się i żyć pełnią życia to ona potrafi. Samantha ma zasadę, którą uwielbiam i staram się stosować w życiu, choć nie zawsze mam odwagę. Brzmi ona: „spróbuj w życiu wszystkiego spróbować przynajmniej raz”. 
Zdecydowanie moja ulubiona spośród czterech bohaterek serialu. Wszystkie pozostałe, nawet Carrie, wydają się przy niej zupełnie bezbarwne i nudne. Poza tym, skoro damska część towarzystwa będzie miała Marka Sloana, niech panowie mają do popatrzenia Samanthę. 


Barney Stinson (How I met your mother) – bo to byłaby LEGENDARNA Wigilia

Bo wszystko czego tknie się Barney Stinson staje się wyjątkowe. Standard to nuda, nuda to przeżytek. Jestem pewna, że Wigilia z Barneyem nie ograniczyłaby się do jednego św. Mikołaja – zapewne zaprosiłby ich cały tabun (i pewnie byłyby to kobiety w stroju św. Mikołaja i przy okazji zatańczyłyby na rurze, ale co tam).
Nie zapominajmy jednak, że pod maską egocentryka, egoisty, egotyka i wszystkich innych cech zaczynających się na „ego” czai się naprawdę fajny facet. Nic tylko go przytulić. 


No dobra, zamykam listę gości bo mi miejsca w mieszkaniu nie wystarczy. Ale mam jedną refleksję związaną z tym postem – dlaczego w serialach nie ma ani jednego sprzątającego i gotującego faceta? Detektyw Monk się nie liczy – to świr. Zupełnie niechcący wyszedł mi wpis odrobinę szowinistyczny, za co bardzo przepraszam. Mam nadzieję, że mimo smutnej serialowej rzeczywistości, w waszych domach panuje równouprawnienie i nie spędzacie same czasu w kuchni lub przypięte do odkurzacza.
Wszystkim czytelnikom i czytelniczkom z okazji Świąt życzę wszystkiego wymarzonego – samych miłych doznań i tej iskierki, która zmienia zwykłe życie w prawdziwą MAGIĘ.
PS. A Wy kogo byście doprosili? 
Udostępnij:

14 grudnia 2018

Najgorętsze premiery książkowe 2018 roku, czyli jaką książkę kupić w prezencie świątecznym.

nowości książkowe 2018


Mama uwielbia kryminały, szwagier – dyskusje polityczne a ciocia książki o miłości. W dzisiejszym poście znajdziecie książki dla każdego członka rodziny – i dla tych, którzy lubią literaturę „lekką, łatwą i przyjemną” i dla tych, którzy sięgają tylko po ambitne dzieła. A zatem start. Oto nowości, po które warto sięgnąć i które warto wręczyć jako gwiazdkowy prezent.

„Komeda. Osobiste życie jazzu.”  Magdalena Grzebałkowska


Jak Magdalena Grzebałkowska upatrzy sobie kogoś i weźmie go „na warsztat” to nie ma zmiłuj – wiadomo, że będzie bardzo, ale to bardzo wnikliwie. Z tym, że o ile w przypadku bestsellerowej książki „Beksińscy.Portret podwójny”, o której pisałam tutaj, dziennikarka miała wręcz nadmiar materiałów – obaj panowie zostawili po sobie mnóstwo nagrań i zapisków, o tyle w przypadku Komedy było wręcz odwrotnie. Jazzman był skryty, trochę mrukliwy i zostało po nim tyle, co na zdjęciach i we wspomnieniach żony i przyjaciół.
A jednak mimo tych trudności dokładność jej reportażu jest porażająca. Nie wiem skąd wiedziała, że poniedziałek 27.04.1931, czyli dzień narodzin Komedy, był pochmurny, ale skoro tak napisała, to jestem pewna, że promyk słońca nie musnął tego dnia poznańskiego bruku.
„Komeda. Osobiste życie jazzu” to nie tylko historia życia Krzysztofa „Komedy” Trzcińskiego. To także historia rozwoju polskiej muzyki rozrywkowej w czasach PRLu– od siermiężnych lat 50-tych aż po hippisowskie lata 70-te. To także przypomnienie innych wielkich tamtych czasów – Hłaski, Polańskiego, Dudziak, Stańki… Wreszcie to opowieść o wielkiej pasji do muzyki. Pasji, która porywa, rządzi człowiekiem i nie zostawia miejsca na nic innego.
To doskonała książka, od której nie sposób się oderwać, nawet jeśli nie jesteś specjalnie fanem jazzu. I jeszcze rozdziały, którego tytuły są niczym klepsydra odmierzająca czas pobytu na ziemi. 38 , 23, 21 a w końcu 8 miesięcy, 17 dni...

premiery książkowe 2018
"Komeda. Osobiste życie jazzu." Magdalena Grzebałkowska

Wydawnictwo: Znak
                                              
Liczba Stron:    448

Kategoria:          reportaż







„Lincoln w Bardo” George Saunders

Zeszłoroczny laureat Nagrody Bookera w tym roku doczekał się polskiego wydania. Warto było czekać.
Zacznijmy od zrozumienia tytułu książki. Czym jest bardo? Nie, nie chodzi tu o miejscowość w powiecie śląskim, o którym pisze w swojej nowej powieści Agnieszka Szpila.  Bardo to w tłumaczeniu dosłownym „stan pośredni”. W dużym uproszczeniu w religii buddyjskiej jest to zawieszenie między śmiercią a ponownymi narodzinami.
W takim właśnie zawieszeniu znajduje się Willie – syn Abrahama Lincolna. Zagubiony, nie wie, że nie żyje, czeka na swoich rodziców. Ten czas pomagają mu przetrwać inne duchy…
„Lincoln w Bardo” to książka, która wyróżnia się przede wszystkim formą. Jest to jedyna pozycja, jaką znam w dużej części… sklejona z innych książek. Autor opisując przeżycia Abrahama Lincolna i jego żony pod koniec życia ich synka i po jego śmierci po prostu  wykleił różne zdania z zapisków historycznych i wrzucił do swojej.
Pozostałe rozdziały, tj rozmowy duchów są po prostu konwersacją rozpisaną na role, autor pisząc więc powieść zapożyczył sobie formę literacką z dramatu. Trudno więc powiedzieć, co właściwie czytamy – reportaż historyczny, powieść obyczajową, dramat czy może przypowieść filozoficzną. Sauders nie trzyma się żadnych konwenansów.
Nie polecam tej książki młodym matkom – ja podeszłam do niej zbyt emocjonalnie. Skupiona na cierpieniu rodziców po śmierci chłopca zgubiłam gdzieś prawdziwe przesłanie tej książki. Długo ją potem musiałam rozgryzać w myślach i trawić aby zrozumieć, że w gruncie rzeczy to nie opowieść o smutku, lecz o nadziei…
Polecam dla tych, którzy lubią literaturę mocną i dającą do myślenia.  


Lincoln w Bardo recenzja
"Lincoln w Bardo." George Saunders

Tłumaczenie:    Michał Kłobukowski
Wydawnictwo:  Znak
                                              
Liczba Stron:     400

Kategoria:          powieść






„Śmierć Komandora. Pojawia się idea.” , „Śmierć Komandora. Metafora się zmienia” Haruki Murakami





Dwutomowe najnowsze dzieło japońskiego mistrza realizmu magicznego.
Powieść, która została w Hong Kongu ocenzurowana i zakazana osobom poniżej 18 roku życia. Ale szczerze mówiąc nie do końca rozumiem dlaczego. Skoro ta książka jest nieprzyzwoita, to zastanawiam się, co w takim razie w Hong Kongu zrobiono by z książką typu „50 twarzy Greya”. Spalono by na stosie razem z autorką?
Ale wracając do powieści. Malarz po przejściach przeprowadza się do wynajętego domu, w którym znajduje się zwracający uwagę obraz „Śmierć Komandora”. Oprócz tego, w nocy zaczynają o określonej godzinie dzwonić dzwoneczki a do tego bohatera odwiedza tajemniczy białowłosy sąsiad z nietypową prośbą…
Brzmi trochę jak z powieści Stephena Kinga? Nic bardziej mylnego. To wciąż stary dobry Murakami w najlepszym wydaniu. Nie jest strasznie, jest baśniowo. Dużo metafor, magii i subtelnego przenikania się świata realnego i spirytualnego.
Wracając do afery w Hong Kongu – nie znalazłam w tej książce nic obrazoburczego czy nieprzyzwoitego. Oskarżenia o zdradę narodową wysuwane wobec autora przez japońską skrajną prawicę również uważam za mocno przesadzone, choć pewnie wbrew intencjom pomogły w wypromowaniu powieści.
I dobrze, bo to świetna książka.

Śmierć komandora
"Śmierć komandora t I" Haruki Murakami

Tłumaczenie:    Anna Zielińska-Elliott

Wydawnictwo:  Muza
                                             
Liczba Stron:     480

Kategoria:          powieść




Murakami"Śmierć komandora t II" Haruki Murakami

Tłumaczenie:    Anna Zielińska-Elliott

Wydawnictwo:  Muza
                                              
Liczba Stron:     480

Kategoria:          powieść




„Zemsta i przebaczenie” E.E. Schmitt

Autor bestsellerowej książki „Oskar i pani Róża” powraca z kolejną powieścią. Przyznam szczerze, że nie jestem wielką fanką najsłynniejszej powieści tego autora. Wiem, że teraz wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale… no cóż. Przeżywałam tę książkę bardzo, wylałam na niej morze łez, ale to nietrudne kiedy gra się na najniższych instynktach. Opowieść o małym dziecku umierającym na raka jest po prostu łatwym kąskiem.
Z tego też powodu do nowej książki autora podchodziłam nieufnie. Niesłusznie. „Zemsta i przebaczenie” to zbiór czterech bardzo nieoczywistych opowiadań. Dwie siostry bliźniaczki – jedna dobra, wybaczająca, empatyczna. Druga – zazdrosna, mściwa i złorzecząca. Czy to możliwe, by ta dobra ostatecznie nie wytrzymała i… z zimną krwią zamordowała tą złą?
I tak jest w każdym z opowiadań – przeplatające się ze sobą dobre i złe uczynki oraz ich konsekwencje. Czy można wybaczyć sobie morderstwa popełnione w czasie wojny? Co powinien zrobić ojciec, którego syn właśnie zaprzepaścił cały dorobek jego życia? I wreszcie – czy przebaczenie może być formą zemsty?
Schmitt stworzył krótkie historie, od których trudno się oderwać. Są proste, jednak narastające w nich napięcie i  zaskakujące puenty przywołują na myśl serial „Alfred Hitchcock przedstawia”. Pisałam o nim kiedyś tutaj w poście "Trzy seriale, które ryją beret". Warto zapoznać się zarówno z jednym i z drugim.


Schmitt"Zemsta i przebaczenie" E.E.Schmitt

Tłumaczenie:    Łukasz Muller

Wydawnictwo:  Znak Literanova
                                              
Liczba Stron:     336

Kategoria:          zbiór opowiadań



„Pokraj” Andrzej Saramonowicz

Pokraj to ciekawe miejsce na Ziemi. Ze stolicą w Farszawie i słowem „purwa mać” na ustach każdego przechodnia. Głównym bohaterem jest inżynier Sebastian Rawa, który postanawia zadbać o swoje zdrowie, ba – nawet o życie, i skończyć z monotonią seksualną, która to wg amerykańskich naukowców może 40-latków wpędzić do grobu.
W tym celu udając najpopularniejszego w Pokraju reżysera podrywa marzącą o karierze aktorskiej ekspedientkę. Jednak nie wszystko jest takie proste…
„Pokraj” to książka nie dla każdego. Napisana bardzo specyficznym językiem, z wieloma nawiązaniami do wydarzeń z kraju i świata ostatnich lat. Nie ma wątpliwości, że autor to człowiek wyjątkowo inteligentny, o bardzo ciętym i sarkastycznym poczuciu humoru.
Polecam przede wszystkim fanom stylu Gombrowicza – moim zdaniem Saramonowiczowi udało się świetnie go naśladować, nie wiem czy celowo czy nie. Ja wielką fanką tego typu konwencji nie jestem. Dla mnie to książka odrobinę przeintelektualizowana, chociaż doceniam kunszt, ogrom włożonej pracy i elokwencję pisarza.

Pokraj [Andrzej Saramonowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE Pokraj [Andrzej Saramonowicz]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE
Saramonowicz
"Pokraj" Andrzej Saramonowicz

Wydawnictwo:  Muza
                                              
Liczba Stron:     480

Kategoria:          powieść



„Kastor” Wojtek Miłoszewski

Jest i coś dla wielbicieli kryminału. O Wojtku Miłoszewskim pisałam już tutaj przy okazji jego powieści sensacyjnych „Inwazja” i „Farba”. Tym razem coś z zupełnie innej beczki.
Wracamy do lat 90-tych. Po Krakowie jeżdżą maluchy i polonezy, dzwonimy do siebie na stacjonarny do domu lub do pracy a miłości szukamy w biurach matrymonialnych. O, taki to był świat. Analogowy i piękny.
Kastor to imię głównego bohatera – policjanta, który o dziwno wbrew literackiej modzie nie chleje bez opamiętania i nawet ma odrobinę kultury osobistej. Chociaż dać po mordzie oczywiście też potrafi.
Kastor wraz z nowym pomocnikiem prowadzą śledztwo w sprawie morderstwa pewnego ważnego dyrektora. Po pewnym czasie okazuje się, że pojawiają się kolejne trupy a rozwiązanie zagadki skrywa pewien sejf, którego za diabła nie można otworzyć…
Oprócz ciekawego wątku głównego Miłoszewski wprowadza nie mniej wciągające wątki poboczne – kawałek po kawałku, na podstawie krótkich urywanych snów policjanta poznajemy mroczną przeszłość jego rodziny. No i jeszcze podpatrujemy jego randki uśmiechając się z czułością kiedy, zalicza kolejne drobne wpadki.
Wojtek Miłoszewski nie uniknie pewnie porównań do brata. Zygmunt przez długi czas był polskim królem tego gatunku a wymyślony przez niego prokurator Szacki doczekał się nawet kilku swoich wersji filmowych (nawet jednej damskiej).
Cieszę się, że młodszy brat nie bał się tych porównań i zdecydował się na pisanie, bo tworzy naprawdę nietuzinkowe rzeczy. Tę pozycję polecam z czystym sercem wszystkim miłośnikom kryminału, Krakowa i sentymentalnych podróży w czasie.


Kastor [Wojtek Miłoszewski]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Wojtek Miłoszewski
"Kastor" Wojtek Miłoszewski

Wydawnictwo:  W.A.B. 
                                              
Liczba Stron:     352

Kategoria:          kryminał




„Chwila na miłość” Joanna Stovrag




A na koniec o miłości… Ale niech nie zmyli was tytuł tej książki. Nie będzie tutaj żadnej głupiej ckliwości, banałów,  małych puchatych szczeniaczków czy innych gadżetów kojarzących się z tanimi romansidłami. Bo „Chwila na miłość” zdecydowanie tanim romansidłem nie jest. To książka o miłości mądrej, cierpliwej i pokonującej wszystkie przeszkody. Miłości, która jest najpiękniejsza z pięknych, bo wydarzyła się naprawdę.
Joanna Stovrag swojego przyszłego męża poznała, kiedy w ramach studiów wyjechała na kilka miesięcy do Jugosławii. Pierwsze zauroczenie, odrobinę podszyte strachem przed zbliżeniem się do człowieka o innej kulturze i religii. Przyjaźń a potem miłość. Brzmi pięknie, prawda? Ale gdyby wszystko potoczyło się gładko, nie byłoby tej książki.
Joanna wróciła do swojego domu w Krakowie i czekała na odwiedziny Seja. Miał przyjechać  podczas przerwy wakacyjnej lecz wtedy w Jugosławii wybuchła wojna. Do oblężonego Sarajewa nie można było się dodzwonić a co dopiero mówić o przyjeździe lub wyjeździe…
Przyznam że jak większość Polaków historię wojny na Bałkanach znam jedynie z telewizji i filmów Kusturicy (polecam „Życie jest cudem”). Widziałam również zniszczenia odwiedzając na początku lat dwutysięcznych Chorwację, Bośnię i Hercegowinę czy Czarnogórę, jednak dopiero opowieść Joanny nadała tej wojnie ludzki wymiar.
Autorka to dobra, ciepła a jednocześnie niezwykle silna kobieta. Poruszała niebo i ziemię by móc najpierw choć porozmawiać z ukochanym a wreszcie spotkać się nim i w końcu wziąć ślub w oblężonym Sarajewie. Podróżowała przez tereny wojenne z Waldemarem Milewiczem, który kręcił wówczas reportaże dla Wiadomości, dlatego też oprócz opowieści o Joannie i Seju znajdziecie tu wiele innych poruszających ludzkich historii.
Ta książka to cichy manifest pacyfistyczny. Uświadamia, że w tym szaleństwie, które ogarnęło Bałkany, jak zresztą podczas każdej wojny, nikt nie jest wygranym.  Na szczęście ta historia dzięki determinacji Joanny i wielkiej miłości obojga kończy się szczęśliwie. A właściwie to się nie kończy, lecz trwa do dziś.
PS. Trochę oszukałam, bo akurat ta książka została wznowiona w 2017 roku, ale zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że musiałam ją tu umieścić. Poprzedni tytuł książki to: "Jeszcze żyję..." (moim zdaniem o wiele lepszy). Jeżeli traficie na książkę tej autorki pod tym tytułem - to będzie to samo. 

Chwila na miłość [Joanna Stovrag]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Joanna Stovrag
"Chwila na miłość" Joanna Stovrag

Wydawnictwo:  Replika
                                              
Liczba Stron:     368

Kategoria:          reportaż



I jak, wybraliście coś dla siebie? PS. Jeżeli chcesz kupić książkę w prezencie dla dużo młodszego czytelnika, zajrzyj koniecznie do wpisu "książki dla dzieci inne niż wszystkie", który znajdziesz tu.
Udostępnij: