Korzystając z pobytu w Warszawie, postanowiliśmy wczoraj odwiedzić
wystawę Van Gogh Alive. Ponieważ jestem ogromną fanką malarstwa przez duże M,
nie mogłam przegapić tego wydarzenia – zwłaszcza, że wiedziałam, że wystawa
odniosła wcześniej ogromny sukces w największych stolicach kulturalnych świata:
Florencji, Petersburgu, Berlinie, Singapurze i Szanghaju. Nie zawiodłam się.
Zapomnijcie o muzealnych kapciach, chodzeniu na paluszkach,
długim kontemplowaniu w ciszy kolejnych pociągnięć pędzla. Tym razem postawiono
na nowoczesność – i całe szczęście, bo to najlepszy sposób, aby przybliżyć
wielką sztukę szerszej publiczności. Wystawa Van Gogh Alive odbywa się w
ogrzewanych namiotach przy Stadionie Narodowym. Zaczynamy od przeczytania kilku
arcyciekawych faktów z życia Mistrza – takich z pogranicza sensacji, romansu i
powieści psychologicznej, oglądamy Pokój Van Gogha w Arles zaprojektowany na
podstawie słynnego obrazu a tuż za rogiem pojawia się danie główne: szereg
ogromnych ekranów, na których możemy podziwiać tętniące życiem obrazy Holendra,
zapoznając się jednocześnie z jego najsłynniejszymi myślami. A wszystko to przy
dźwiękach kojącej muzyki, słuchanej na wygodnych pufach. Było naprawdę
wspaniale.
